Właśnie mija dwa lata od momentu, gdy zacząłem prowadzić mikro bloga finansowego. Czas więc na drobne podsumowania. Spróbuję je utrzymać w konwencji odpowiedzi na kilka kluczowych pytań. Po pierwsze: czego ja sam się nauczyłem w tym okresie? Po drugie: Czy warto prowadzić mikro bloga? Czy warto prowadzić mikro vloga (mały kanał na Youtube)? Po trzecie: Czy możliwa jest monetyzacja działalności on-line prowadzonej przez social media, jeśli nie ma ona szerokiego grona odbiorców?

Ponadto z okazji 2. urodzin bloga oczywiście musi się także pojawić konkurs z zagadką i nagrodami. Zasady konkursu opisuję na końcu tego wpisu. Zachęcam do współzawodnictwa i zabawy! 🙂

Jak to się zaczęło i dlaczego powstał mój blog i vlog?

Chyba zaczęło się to od mojej symbolicznej „40-tki”, czyli czterdziestej rocznicy urodzin. Tak, tak! W 2015 roku mój „pesel” nieubłaganie dowodził, że mam skończone czterdzieści lat. To w życiu moment na podsumowania. Na stawianie ważnych pytań i formułowanie konkretnych odpowiedzi, które mogą zaważyć na dalszych latach życia. To chwila, gdy warto się wsłuchać w opinie tych, którzy już ten moment życia mają za sobą i wyciągnęli z niego pozytywne, konstruktywne, budujące wnioski. Oczywiście chciałem słuchać wyłączenie tych, którzy nie wpadli w kryzys wieku średniego albo przynajmniej bardzo szybko z niego wyszli.

I przyznam, że coś z tym kryzysem wieku średniego jest na rzeczy. W głowie pojawiają się nieprzyjemne myśli. Bo przecież wokoło jest sporo malkontentów narzekających, że tylko młodość jest „fajna”, a po „czterdziestce” to już koniec wszystkiego, co w życiu najlepsze. Nic z tych rzeczy! Życie po „czterdziestce” to coś w rodzaju drugiej, a może nawet piękniejszej, młodości. To w sumie tak samo jak po „dwudziestce”. Tyle że człowiek ma dużo, dużo większe możliwości realizacji swoich pasji i planów!

Wychodzenie ze strefy własnego komfortu. Po co?

Nie będę ukrywał, że porwanie się na własnego bloga i vloga było dla mnie ogromnym wyzwaniem życiowym. Przecież do 40-tki udało mi się w życiu coś osiągnąć. Przed 30-tką zrobiłem doktorat, potem kilkanaście lat pracowałem na uniwersytecie, napisałem pięć książek i kilkadziesiąt artykułów naukowych. Zacząłem małymi krokami inwestować w niewielkie nieruchomości pod wynajem bez kredytów bankowych.

Wystartowanie własnego bloga/vloga było zatem czymś zupełnie nowym, gdzie trzeba zacząć od przysłowiowego zera. Ponadto, robienie „show” w internecie nie jest zgodne z moją naturą. Nie jestem urodzonym mówcą i showmanem! Aby to robić publicznie muszę się nieco przełamywać wewnętrznie, czyli wychodzić ze strefy komfortu psychicznego. Dlaczego zatem podjąłem się tego zadania?

W pewnym momencie wreszcie zrozumiałem, że internet to przyszłość! To ogromna szansa! Kto ją przegapi, ten naraża się na niepowetowane straty. To w sumie być albo nie być dla działalność twórczej w perspektywie kilkunastu lat. Otóż twierdzę, że autor książek, który nie będzie dostępny przez social-media dla swoich czytelników (publiczności) za kilkanaście lat nie sprzeda zbyt wielu książek, nawet gdyby one były naprawdę świetne. To skłoniło mnie do podjęcia tego ryzyka, które mam nadzieję, że zaprocentuje w przyszłości.

Trudne początki analogowego pokolenia w świecie cyfrowym

Robienie vloga i bloga było dla mnie wielkim wyzwaniem także z innej przyczyny. Ja przecież jestem typowym przedstawicielem analogowego pokolenia. Najpierw zrobiłem doktorat, a dopiero potem kupiłem pierwszy telefon komórkowy, nie wspominając już o smartfonie. Pierwszego e-maila wysłałem pod koniec studiów. Pierwszy komputer klasy PC kupiłem na potrzeby pisania pracy magisterskiej. Co to znaczy?

Otóż „dzieciaki”, które dorastały z komputerami, laptopami, tabletami i smartfonami, Google, YT, FB, SEO itd. wyprzedzają mnie w sztuce marketingu internetowego na starcie o sto długości. Jestem jak trabant w porównaniu z lamborghini w wyścigu na jedną milę. Wtedy gdy ja wrzucam drugi bieg, internetowy „dzieciak” jest już na mecie pierwszej mili.

Bo rzeczywiście po ponad dwóch latach robienia filmików na Youtube i prowadzenia strony na Facebooku mam niecałe 400 widzów na YT i nieco ponad 200 sympatyków na FB. Przecież takie liczby dla internetowych „wyjadaczy” to, mówiąc wprost: śmiech na sali!

Rynek „zaorał” mój pierwotny model biznesu w sieci

Moje wejście do interentu nie było oczywiście zupełnie bez planu. Co prawda, nie starałem się zaplanować idealnie wszystkiego. Wiedziałem, że taki start-up zawiera w sobie element swoistego „rozpoznania bojem”. Trzeba iść trochę na żywioł. Jednakże nie przypuszczałem, że rynek mnie „zaora” do tego stopnia, że będę musiał przedefiniować moje założenia.

Pierwotny model biznesowy był prosty. Realizuje go z powiedzeniem bardzo wielu ludzi w Polsce. Jak wspomniałem wcześniej, jestem autorem pięciu książek. Co więcej, trzy z tych książek opublikowałem w systemie self-publishingu. Było to w czasach, gdy nie był on jeszcze aż tak popularny jak dziś. Moje książki podobają się ludziom. Problem polega na tym, że bardzo mało osób wie o ich istnieniu.

Wymyśliłem sobie więc, że najpierw rozkręcę działalność w social media, a następnie napiszę naprawdę świetną książkę o finansach rodziny lub finansach osobistych. To pozwoli mi zrealizować pierwsze przychody z działalności on-line. W ten sposób będę miał większa motywację do publikowania w sieci i tworzenia kolejnych książek. Proste i oczywiste! Jednakże rynek powiedział: „Nie tędy droga! Przynajmniej nie teraz!”

Epizod z grami planszowymi z elementami edukacji finansowej

W międzyczasie zainteresowałem się grami planszowymi. Dowiedziałem się, że rynek gier planszowych rośnie, jak na drożdżach. Ludzie chcą nowych planszówek, bo świat komórek, komputerów i social media staje się poniekąd przytłaczający. Zamyka ludzi w czterech ścianach. Osłabia autentyczne relacje międzyludzkie. To dlatego planszówki wracają w wielkim stylu, choć wydawało się, że są skazane na wyginięcie w świecie cyfrowym.

Wpadłem na pomysł zaprojektowania pierwszego prototypu gry planszowej z elementami edukacji finansowej. Dopracowałem projekt gry i sfinansowałem jej prototyp. Jednakże jeżdżąc po konwentach gier planszowych zorientowałem się, że generalne trendy na rynku są nieco inne niż mój „oldschoolowy” projekt. Oszacowałem, że wejście na rynek z prototypem może być kosztowne i ryzykowne.

Dlatego prototyp pierwszej gry planszowej zdecydowałem schować do szuflady na lepszy moment. W tym samym czasie opracowałem drugi projekt gry z elementami strategii biznesowej. Sfinansowałem prototyp i… również schowałem go do szuflady. To nie ten moment, to nie ten czas! Wejście na rynek z grą planszową, która się dobrze sprzedaje i generuje ładne dodatnie przepływy pieniężne, to duże przedsięwzięcie i spore ryzyko. Na razie te ryzyko jest zbyt duże dla mnie! (To właśnie nazywam „rozpoznaniem bojem” w mikro-przedsiębiorczości).

Mimo to, przygoda z grami pozwoliła mi spotkać bardzo ciekawych ludzi. W tym miejscu chciałem podziękować Panu Damianowi „Piórko” Ziembie i jego zespołowi działającemu pod nazwą „GraTy” za wtajemniczenie mnie w świat gier planszowych. Chciałem podziękować także Panu Michałowi Sieńko z lubelskiej Fundacji Animatorów Kultury „Trach” za życzliwość i umożliwienie uczestnictwa w konwencie gier planszowych „Arena Lublin”.

Rynek weryfikuje plany przedsiębiorcy, ale także podpowiada, co robić!

Jak widzisz, drogi Czytelniku, moje przygody z mikro-przedsiębiorczością bazującą na internecie, nie były łatwe. Jednakże determinacja, aby utrzymywać bliskie relacje z klientami, odbiorcami, sympatykami przyniosła swój rezultat. W ten sposób możemy bowiem wzbogacić nasze doświadczenia o inny punkt widzenia. Możemy nauczyć się czegoś nowego. Uzyskać podpowiedź, co i jak robić. Co zmienić, w co wejść, a z czego zrezygnować! Klient (nawet potencjalny) po prostu wie lepiej, bo to on płaci za produkt lub usługę!

Mój pierwotny model biznesowy nie wypalił. Kilkuset „followersów” na Youtube i Facebook to zdecydowanie za mało, aby zaprojektować dla nich książkę lub grę planszową w rozsądnej cenie. Marketingowa koncepcja „lejka sprzedaży” podpowiada, że wskaźnik konwersji w internecie kształtuje się na poziomie 1-2%. Oznacza to, że na 1 000 odbiorców naszego „contetu” internetowego, tylko 10-20 będzie skłonnych kupić od nas cokolwiek!

Z kolei, jeśli nawalimy choć trochę w marketingu produktu lub usługi, to może się okazać, że będzie jeszcze mniej konwersji relacji internetowych na sprzedaż i gotówkę. Każdy zrozumie zatem bardzo szybko, że np. 300 fanów na FB to zbyt mały lejek, aby zrobić jakikolwiek produkt posiadający postać fizyczną, którą trzeba rozesłać pocztą lub kurierem.

Opowieść o tym jak student uczył wykładowcę

Powiadają, że pokora jest cnotą królów. Ja cały czas muszę się uczyć tej królewskiej cnoty. Moja przygoda z internetem i działalnością on-line dostarczyła mi świetnej okazji do tego. Otóż jeden z moich byłych studentów – Pan Bartłomiej Abram – naprowadził mnie, że mam nagrać multimedialny kurs finansowy on-line. Następnie opublikować go za pośrednictwem platformy edukacyjnej Udemy.com.

Oczywiście rozumiecie, że będąc wykładowcą akademickim starszym o około dwadzieścia lat od studenta mogłem wahać się, czy to zrobić. „Dzieciaku! Co Ty wiesz o zarabianiu w internecie?” – niejeden bufon mógłby tak pomyśleć! Ale mnie rynek już wcześniej przygotował – „zmiękczył” – na przyjęcie tej rady. Wiedziałem, że mój model biznesowy został rynkowo obalony i muszę szukać innego sposoby. A przecież studenci i młodzież są „na czasie” i wiedzą lepiej, co i jak trzeba zrobić. Zatem duma, że wiem lepiej, jak robić biznes w sieci, do kieszeni i do dzieła!

Szybko zaprojektowałem i zrealizowałem kurs pt. FINANSE OSOBISTE krok po kroku od Zera do Milionera. Robiłem to tak, jakbym przyjął zlecenie od studenta i… Bingo! Kurs zaczął się sprzedawać. Co więcej, okazało się, że kursanci są zadowoleni i wystawiają wysokie recenzje. Nie byłem jednak przekonany, że to może być stałe źródło mikro-przychodu.

Moje trzy kursy biznesowo-finansowe i 500 kursantów

Pierwszy rok na Udemy.com z jednym kursem finansowym w ofercie pokazał mi, że przychody nie są oszałamiające, ale w miarę stałe. Ot 100-200 zł miesięcznie, ale źródełko nie wysycha. Co więcej, pojawiają się stałe relacje z kursantami i ładne recenzje opisowe zachęcające do robienia kolejnych kursów finansowych. Byłbym głupcem, gdybym nie posłuchał tego, co mówi do mnie rynek.

Dlatego w drugiej połowie 2019 roku realizuję dwa kolejne kursy. „Finanse od Podstaw dla Każdego – etat, kredyty, INWESTOWANIE” oraz „Wstęp do Zarządzania, Finansów i Rachunkowości Biznesu”. Moje przychody i sprzedaż na Udemy.com reagują skokowym wzrostem. Do tego Udemy.com przysyła mi e-maila z informacją o realizacji kolejnego kamienia milowego: mam już 500 kursantów!

Wow! To dla mnie wielki sukces! On mi pokazuje, że Udemy jest dla mnie ważniejszą platformą niż Facebook i Youtube. Mam więcej kursantów na Udemy, niż sympatyków w mediach „rozrywkowych”. To pokrywa się z tym, co wiem sam o sobie. Wolę próbować uczyć ludzi coś konstruktywnego, niż dostarczać im quasi-edukacyjnej rozrywki wątpliwej jakości.

Mikro blogi mają sens, gdy stoi za nimi Twoja pasja

Powyższa skrótowa relacja zawiera moje odpowiedzi na postawione we wstępie pytania. Myślę, że gdybym zakładał tego bloga finansowego z pobudek czysto komercyjnych, to on już by nie istniał. Założyłem bloga finansowego, aby się czegoś nauczyć. Ponadto, aby spróbować czegoś nauczyć innych bardzo młodych ludzi. Chciałem także zweryfikować moje założenia o możliwości monetyzowania wiedzy przez internet.

Zatem, jeśli Ty chcesz skorzystać z moich doświadczeń, to zapewniam, że przedstawiłem sprawy tak, jak się miały. Proszę Cię jednak drogi Czytelniku, abyś uwzględnił to, że moje sprawy zarobkowe poza internetem są dość ustabilizowane i ma to dwojakie skutki. Po pierwsze, nie muszę zarabiać na blogu i vlogu. Są one moim eksperymentalnym warsztatem pracy i marginalnym źródłem dochodów. Po drugie, nie mam takiej motywacji i tyle czasu, aby poświęcić się działalności on-line „na maksa”.

Konkurs z nagrodami okazji 2. urodzin bloga finansowego

Aby nie przeciągać zbytnio tej urodzinowej refleksji przejdźmy już do konkursu z nagrodami. Dla tych którzy są najszybsi i na bieżąco z moją działalnością on-line proponuję następującą zabawę i nagrodę.

Jeden z moich kursów finansowych będzie dla pierwszych dziesięciu osób za darmo. Wystarczy na stronie kursu na platformie Udemy.com zastosować specjalny kod rabatowy. Skąd wziąć kod? Kodem jest nazwisko znanego przedsiębiorcy, multimilionera, o którym rozmawiam w trakcie wywiadu z Panem Bartkiem Abramem na Youtube (link). Nazwisko tego biznesmena (pisane dużymi literami; sprawdź dokładną pisownię tego nazwiska) to kod uprawniający do 100% rabatu na kurs! 🙂

Żeby było trochę zabawy w szukanie, nie podpowiem Wam, którego kursu biznesowego to dotyczy. Trzeba to sprawdzić metodą prób i błędów, a przecież mam tylko trzy kursy na udemy.com:

Uprzedzam, że nie udzielam żadnych wskazówek i dodatkowych podpowiedzi przez media społecznościowe i prywatnie. Pozostałe dwa kursu robię przez 5 dni w możliwie najniższej cenie 34,99 zł dla wszystkich chętnych. Kod rabatowy uprawniający do mega rabatu to „2URODZINY”.

Na zakończenie tego urodzinowego wpisu dziękuję Wam, że jesteście ze mną. Choć sympatyków mojej działalności w sieci nie jest bardzo wielu, to jednak muszę przyznać, że dajecie mi odczuć Wasze wsparcie! Za co Wam NAJSERDECZNIEJ DZIĘKUJĘ! W zasadzie ten blog finansowy istnieje tylko dzięki Wam! :-*

[Źródło: Kelly Sikkema / Unsplash]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *